Remigiusz Mróz to autor, który w moich oczach jest bardziej produktem marketingowym niż wielkim pisarzem obecnych czasów. Być może są to zbyt mocne słowa, ale swego czasu wydawał książki jak szalony, a ja podjęłam dwie próby i z ani jednej nie byłam zadowolona. Nie rozumiem jego fenomenu i chyba nigdy się to nie zmieni. Ale polskie przysłowie mówi: do trzech razy sztuka. Gdy więc pojawiło się „Osiedle RZNiW”, postanowiłam spróbować po raz ostatni. Nie oczekiwałam wiele. Lepiej miło się zaskoczyć niż niemiło rozczarować.

„Sprawiedliwość jest ślepa, ale węch ma doskonały i bez trudu wyczuwa strach”

Zaskoczenie uderzyło ze zdwojoną siłą! Pierwsza strona, druga, następna, kolejna… autentyczność postaci sprawiła, że nie chciałam ich opuszczać. Dialogi, zachowanie bohaterów, ich myśli… po raz pierwszy spojrzałam na Remigiusza Mroza nieco inaczej. Jakby to nie była jego powieść! Bez trudu wyobraziłam sobie głównego bohatera, młodego człowieka, którego doświadczyło życie, przez co on zaczął doświadczać innych. Utożsamiłam się z nim i bardzo chciałam poznać bliżej. Tym bardziej, że jego świat jest mi kompletnie obcy.

Ale oprócz samych bohaterów, przemówił do mnie również wątek zaginionej dziewczyny, która nie była Deso obca. Jeszcze dobrze nie poznałam zarysu tego wątku, a sama zaczęłam się zastanawiać, co ja bym zrobiła, gdybym otrzymała wiadomość z obcego numeru, o treści tak mocno niepokojącej jak właśnie: „Boję się. Chyba ktoś za mną idzie”. To jedna z tych historii, które bardzo dobrze sprzedają się na przykład przy ognisku. I oczywiście w książkach, jeśli tylko zostaną dobrze rozpisane.

A im dalej w las, tym więcej drzew… na jaw wychodziło mnóstwo na tyle ciekawych wątków, że w mojej głowie co rusz zapalała się czerwona lampka. Jako czytelnik bawiłam się coraz lepiej, będąc za każdym razem zaskakiwaną, bo przecież: „To nie tak! To nie miał być on!”. Innymi słowy, dawałam się wyprowadzać w las. Świetne! I do tego jeszcze lekkość pióra i język subkultury, którym posługiwało się środowisko Deso… wszystko to pracowało na autentyczność. A dla przeciwwagi Żaba, totalna przeciwność głównego bohatera, która potrafiła zmienić więcej niż jej się wydawało.

Dobrym zabiegiem była też dwutorowość – jedna linia czasowa opisywała wydarzenia bieżące, podczas gdy druga wybiegała w przyszłość, by subtelnie obnażać skutki. Ale na szczęście autor skupiał się na tej bieżącej i to ona wiodła prym. Szczera i w pewien sposób surowa, brutalna. Zawsze doceniam takie zabiegi, bo dwojakie spojrzenie na sprawę czynią ją ciekawszą i nadają dynamizmu. Jeśli główny wątek kuleje, ten drugi „ciągnie” go do góry, ratując.

A zakończenie… finał mnie zaskoczył. Oczywiście miałam swoją wersję w głowie, ale rozminęła się ona z wizją autora. I dobrze. Jego okazała się znacznie ciekawsza. Taka wisienka na torcie. Gdyby to był serial, z pewnością chciałabym sięgnąć po drugi sezon. Remigiusz Mróz zafundował nie tylko wciągającą historię, ale i podróż sentymentalną – choćby słynne Gadu-Gadu. Poruszył również wątek przemocy oraz narkotyków. Podarował mi dobrą zabawę.

Z pewnością znajdzie się wielu przeciwników tej pozycji, ale ja będę ją chwalić za: lekkość, styl, dobry plot twist, autentyczność oraz świetne zakończenie. Już od dłuższego czasu żadnej książce nie udało się sprawić, że usiadłam i w skupieniu czytałam przez dłuższy czas.

Polecam na długie wieczory, bo książka ta idealnie nadaje się do gorącej herbaty i kocyka. Wciąga od pierwszych stron i czyni wiele, by nie pozwolić czytelnikowi na jej odłożenie. Życzyłabym sobie takich więcej.

Autorka recenzji: Daria łapa

“Osiedle RZNiW” i inne książki Remigiusza Mroza znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *