Niewiarygodny kryminał”. „Mroczny klimat”. ”Świetny debiut”. Tymi słowami, opatrzonymi znanymi nazwiskami, woła do nas okładka książki pióra Joanny Dulewicz. Nawet nie woła, ale drze się, obiecując złote góry. Zwyciężczyni konkursu organizowanego przez wydawnictwo Czwarta Strona dostała okazję, żeby móc spełnić marzenie wielu – wydać własną powieść. Kryminały to bardzo obfity w autorów gatunek, więc konkurencja na rynku jest spora. Dlatego też można spodziewać się po tak obiecujących mini-recenzjach Małeckiego czy Guzowskiej, że faktycznie warto sięgnąć po tę akurat pozycję. Czy rzeczywiście tak jest? Moim zdaniem niekoniecznie.

Bądźmy szczerzy – mało kto zaczyna z wysokiego c, rozbija bank, jego książki sprzedają się w milionach egzemplarzy. Zwłaszcza, że w grę wchodzi naprawdę wiele czynników, jak choćby dobra promocja, niebanalny styl a przede wszystkim dobra historia. Książka Dulewicz jest poprawna, nic więcej. W księgarniach półki z kryminałami uginają się pod ciężarem prawdziwych perełek, a gdzieś daleko, poza zasięgiem ich blasku, leżą „Zakłamani”.

Głównym wątkiem jest zaginięcie męża Eryki Olbracht, dotąd niewyjaśnione. Obok tego wątku, niczym sępy, krążą inne, mniej znaczące, częściowo jednak ze sobą powiązane. Trudno mi zdecydować, które przytoczyć, bo po lekturze całości żaden nie wydaje się być jakiś szczególnie ważny. Sporo niewiadomych, doszukiwanie się dziury w całym, by pod koniec poczuć lekki zawód, że intryga nie była nieco „większa”. Jednak te ponad pół tysiąca stron powinno do czegoś zobowiązywać. W każdym razie spodziewajmy się tytułowego „zakłamania”, osobliwych „śladów” po zaginionym i niewykształconych policjantów, (jeśli oni nie wiedzą, czy coś jest nielegalne, to jaką według siebie rolę pełnią w społeczeństwie?!).

Nie przepadam za pisarzami, którzy nie wiedzą, że czasem lepiej postawić kropkę niż kilka przecinków. Zbytnie rozbijanie akcji na kolejne rozdziały, chyba tylko po to, żeby „strony się zgadzały” jest okropną manierą, choć, niestety, częstą. A właśnie dobra historia może liczyć sobie kilka stron i zdobyć uznanie. A u Dulewicz mamy takie pomieszanie z poplątaniem, które ma wypełniać luki w akcji, żebyśmy przypadkiem za bardzo się nie wciągnęli.

Muszę być jednak sprawiedliwa i pohamować trochę to wylewanie jadu. Książka może rewelacją nie jest, ale debiuty mają to do siebie, że zwykle nie generują nominacji do literackiej Nagrody Nobla. Wierzę, że od tej pory będzie tylko lepiej i nazwisko Dulewicz jeszcze nie raz zwróci naszą uwagę. Może zamiast kryminałów doczekamy się świetnych obyczajówek? Sądzę, że to by była obiecująca ścieżka kariery.

Co prawda bohaterowie „Zakłamanych” są trochę śmieszni, lekko niedopracowani, ale co do stylu, to nie ma się do czego przyczepić. Jest dosyć lekki i dobrze się to czyta. Dialogi brzmią całkiem naturalnie, zwłaszcza kiedy już zakończy się etap ekspozycji. Dlatego nie zniechęcajcie się nieco drętwym początkiem, bo później można już trochę odetchnąć, spuścić z tonu. Jednak nie radzę próbować poddawania książki jakiejś głębszej analizie. Pewne rzeczy mi się tam nie spinają, ale lepiej machnąć na to ręką i po prostu zaakceptować, że tak się stało i już. Nie rozmyślać. Nie podważać. Tylko nerwy można sobie przy tym zszargać.

Zatem wracając do okładkowych ocen z początku recenzji: Nie jest to świetny debiut, ale poprawny. Nie ma tu mrocznego klimatu, zalatuje obyczajówką na kilometr. Może i jest to „niewiarygodny” kryminał, bo ciężko w niego uwierzyć. Ale zawsze warto przekonać się samemu.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Zakłamanych” i inne książki obyczajowe znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *