W Świeradowie-Zdroju jest takie jedno szczególne miejsce, które co roku przyciąga rzeszę mieszkańców oraz turystów. Mowa o wzgórzu świątecznych życzeń, które podobno, wypowiedziane tuż przed Wigilią, zawsze się spełniają. O czym więc marzą bohaterowie książki Sylwii Trojanowskiej? Przekonajmy się.

Na wstępie zaznaczam, że autorka wcisnęła w swoją powieść obyczajową całą zgraję postaci, z których może dwie są tak naprawdę ciekawiej napisane. Ale po kolei. Poznajemy Patrycję, samotną matkę, bojącą się gniewu jej nieobliczalnego byłego męża. Za kobietą od dłuższego czasu szaleje Maciek i coraz intensywniej walczy o jej względy. Jego siostra, Barbara przeżywa kolejną zimę bez ukochanego, który zmarł w wyniku wypadku. Stara się jednak nie załamywać, zwłaszcza przed swoją córką Lilą, która właśnie walczy o zwycięstwo w prestiżowych zawodach. Dziewczyna w wolnych chwilach udziela korepetycji Poli, która w tym roku obserwuje jak jej rodzice próbują odbudować swoje małżeństwo i czeka z niepokojem, aż podejmą decyzję, czy zostają razem, czy też czas na rozwód. Oprócz tego przyglądamy się też Domiceli, władczej i krytycznej właścicielce butików, Fryderykowi, który od lat próbuje się pogodzić ze śmiercią żony oraz Konstancji, która zdążyła przeżyć już czterech mężów, a teraz zmaga się z wczesnym Alzheimerem. Trochę tego jest, ale możecie mi wierzyć: ta książka jest praktycznie o niczym. Dosłownie nic się w niej nie dzieje, pojedyncze rozdziały nie podkręcają w żaden sposób fabuły. Nie czuć oczekiwania na Święta, przemian bohaterów ani żadnych większych emocji. Miałam nadzieję, że chociaż na koniec coś niespodziewanego się wydarzy, ale tam też nie rozwinęła się akcja.

Trochę rozczarowało mnie poprowadzenie części wątków przez autorkę. Zrobiła z Patrycji naiwną dziewuchę co to za jeden uśmiech oddałaby się każdemu. Jej związek z Maćkiem wykształcił się w około 3 tygodnie i już wszyscy myślą o zaręczynach. Irytująca jest też Domicela, której nikt przez całą powieść nie chce zwrócić uwagi, że zachowuje się zwyczajnie chamsko. O innych szkoda nawet pisać, bo ich wątki są zwyczajnie nudne i powtarzalne. Co kilkanaście stron czytamy o Lilce odbywającej trening albo Konstancji wspominającej dawne czasy.

Z każdym rokiem literatura świąteczna wypada coraz gorzej. Twórcom musi chyba brakować pomysłów, bo piszą ponad trzysta stronicowe tomiszcza, a jakiejkolwiek sensacji nie ma w nich za grosz. A przecież nikt nie sięga po takie książki, żeby zobaczyć jedną wzmiankę o ubranej choince czy ulepionym bałwanie. Tak naprawdę akcja „Wzgórza świątecznych życzeń” mogłaby dziać się w dowolnym czasie i miejscu, bo sama Wigilia została zepchnięta na boczny tor i stanowiła bardziej podsumowanie niż punkt kulminacyjny.

Po obyczajówkach zwykle nie oczekuje się zbyt wiele, bo nie mają też nazbyt wielu cech wyróżniających je w świecie słowa pisanego. Nie znaczy to wcale, że można czytelnikowi zaserwować byle co. Tymczasem powieść Trojanowskiej pełni raczej funkcje przerywnika pomiędzy atrakcyjniejszymi pozycjami. Jest dobra na zastój czytelniczy, bo rozdziały są krótkie. Zatem jeśli ktoś chce sobie podbić ilość przeczytanych książek, to z tą pójdzie mu szybko, ale też równie prędko zapomni, o czym właściwie była. Nie polecam jej jednak osobom, które chciałyby wczuć się w świąteczny klimat, bo jest go tutaj tyle, co kot napłakał.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

„Wzgórze Świątecznych Życzeń” i inne książki świąteczne znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *