Miłość, nowe początki, walka z czasem a do tego wszystkiego mały piesek. Czego chcieć więcej? Joanna Szarańska powraca z kolejną książką, opisującą losy Piotra i Alicji – jeszcze młodych, ale doświadczonych przez życie bohaterów, próbujących odbić się od dna.

W pierwszej kolejności poznajemy Piotra, czy raczej Pedro, bo tak mężczyzna lubi o sobie myśleć. Nie tylko jego hiszpańskie imię dodaje mu kiczu, ale cała jego, niezbyt zacna, postać. Otóż nasz Pedro (brrr) to niedojrzała ciepła klucha, do której nie dociera, że czyny mają swoje konsekwencje. Choć sugeruje nam się, że miał „pecha” i przez zrządzenie losu wylądował w obecnym położeniu, to tak naprawdę jego niezaradność i samozachwyt ciągle go gubią. Ambicji nasz bohater nie ma żadnych. Znaczy, oczywiście – dobrze płatna praca, zagraniczne wakacje i gorące kobiety są na jego liście marzeń, natomiast nie widać w nim specjalnych chęci, by je uczciwie zrealizować. Piotr zdaje się znajdować wciąż na etapie dorastania, bo zależy mu jedynie na piwie z kolegami, na którym mógłby przechwalać się swoimi osiągnięciami. A że takowych na razie nie ma, to znalazł się w kropce i tylko interwencja jego ciotki sprawia, że chłopina jakoś podniósł się z tego upadku. Ogólnie trudno polubić tę postać. Co najbardziej mnie w nim zażenowało to jego nieprofesjonalne zachowanie w stosunku do jednej z klientek. Gdyby każdy reagował tak na widok atrakcyjnego przedstawiciela płci przeciwnej, to rynek by się już dawno załamał. Pozostaje tylko pytanie czy Piotr jest kiepskim sprzedawcą czy człowiekiem z zaburzeniami.

Później trafiamy na Alę, niespełnioną artystkę. Dziewczyna nie może znaleźć stałego źródła dochodu. Prawdopodobnie dlatego, że wciska swoje produkty właścicielom luksusowych butików, którzy rzadko „idą na całość” i wciskają rękodzieło do swojej oferty. Pod tym względem jest podobna do Pedro – czeka na cud, zamiast wziąć życie w swoje ręce. Chociaż tyle, że rzeczywiście brak jej wiary w siebie, więc jestem w stanie bardziej zrozumieć jej postawę.

Poza wspomnianą dwójką jest oczywiście piesek, centrum wszelkich ważnych wydarzeń w książce. Jemu nic nie mogę zarzucić. To po prostu dobry pies. Jedyny jasny element tegoż dzieła.

Trudno mi wytłumaczyć, co właściwie się w „Wyszczekanej miłości” zadziało. Po genialnym „Poranku na Miodowej 1” dostajemy coś, co miało być chyba zlepkiem żartów, które nie dość, że nie śmieszą, to jeszcze żenują i to dosadnie. Może to ten kicz wypływający z głównych bohaterów, może to zbyt błahe problemy, a może to przez nudny już motyw „zwierzak uciekł, a właściciel zaraz wraca”. W każdym razie czytanie tego aż momentami boli. Boli mnie ten zawód, jaki pani Joanna Szarańska mi sprawiła, bo naprawdę spodziewałam się czegoś lepszego. Chciałam polubić Piotra, ale jest najbardziej stereotypowym niedoszłym samcem Alfa, o jakim przyszło mi czytać. Miałam nadzieję na sporą dawkę dobrego humoru, na angażującą historię i zaskakujące wątki. A dostałam taki, krótko mówiąc, banał. Odpowiadając na pytanie z początku recenzji – Czego chcieć więcej? Zdecydowanie więcej kreatywności w tworzeniu fabuły, powiewu świeżości zamiast powielania starych schematów. Może nawet więcej zwierzaków i mniej ludzi, bo ci tutaj zniechęcają do siebie od pierwszych stron. Za to proszę o mniej silenia się na bycie zabawnym i mnożenia stereotypów.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Wysz(cz)ekaną miłość” i inne książki dla kobiet znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *