Nina to prawdziwa kobieta sukcesu, która naprawdę coś znaczy w swojej branży. Tabuny par ustawiają się do niej w kolejce, żeby zorganizowała dla nich ten jeden, najważniejszy w ich wspólnym życiu dzień. Jednak przygotowanie ślubnej ceremonii i wesela to praca wymagająca mnóstwa zaangażowania, przewidywania i kreatywności. Pochłania też sporo czasu, co nasza bohaterka odczuła na swojej skórze. W tym całym zabieganiu nie jest w stanie przeznaczyć zbyt wiele czasu dla swojego ukochanego – Mateusza. Jest rozdarta między realizacją marzeń klientów i swoich własnych.

Co ciekawe, sama stoi przed perspektywą powiedzenia sobie „tak” ze swoim wybrankiem. Jednak z nie do końca znanych nam przyczyn wciąż odwleka tę chwilę. Teoretycznie oboje zgadzają się, że pośpiech nie jest konieczny, jednak z kolejnymi stronami Mateusz zdaje się tracić swoją anielską cierpliwość… Pytanie czy opieszałość w działaniu Niny rozbije ich związek?

Książki Natalii Sońskiej cechuje prosta, banalna wręcz fabuła. Bez iskier, bez szału. Ot, zwykła obyczajówka, nadająca się, kiedy akurat nie chcemy zamęczać mózgu czymś bardziej złożonym. Niektórym, tak jak mi, może wydawać się nieco nudnawa, bo mało jest tu tak naprawdę jakichś pobocznych wątków, które by te ponad 300 stron ubarwiły. Nie ma też przez to za bardzo czego streścić, bo już krótki opis ze wstępu zdradził praktycznie całą historię, można co najwyżej odgadnąć zakończenie, choć i tak jest ono do bólu przewidywalne.

Wydaje mi się, że powoli autorom zaczynają się kończyć pomysły na nowe powieści, bo ostatnio ciągle natykam się na jakąś obyczajówkę podstawioną pod wzór, skopiowaną z jakiejś komedii romantycznej, napisaną jakby na szybko, byle coś sprzedać. W mojej ocenie książka, która nie wywołuje żadnych emocji w czytelniku, to słaba książka. Przecież my chcemy się śmiać, wzruszać, szokować! A we „Wszystkich naszych dniach” brniemy powolutku, bez większych dramatów ku końcowi, pozbawieni uczuć i refleksji. I wcale nie oczekiwałam żadnych pościgów ani wybuchów, trupów w szafie i zrywania zaręczyn, tylko chociaż odrobinę wartkiej akcji.

Na szczęście styl, choć nie należy do moich ulubionych, trochę broni całości. Muszę przyznać, że szybko się to czytało. Bez fajerwerków, ale szybko. Inna sprawa, że nie chce się po lekturze sięgać po coś nowego, a tak właśnie działają te dobre powieści – po skończeniu czujemy się, jak na detoksie, chcemy więcej i to jak najszybciej.

Bohaterowie są wszyscy milutcy i prawie pozbawieni charakteru, przez co ich grupka wydaje mi się mdła, trudna do przetrawienia. Świat zdrowych, pięknych, zrównoważonych ludzi to potworna nuda. Przydałoby się więcej wścibskich teściów, zawistnych świadkowych, omdlałych panien młodych – tak dla kolorytu. Może to przez to leniwe lato, które się niedawno rozpoczęło, ale mnie potrzeba było tej nutki szaleństwa, a nie mini-sielanki. Tutaj wszyscy odnoszą sukces, miło rozmawiają, zapraszają się na spotkanka i słodzą sobie wzajemnie tak, że z ich ust praktycznie wylatuje cukier.

Wierzę jednak, że Natalia Sońska ma wielu swoich zwolenników i będzie sporo osób, którym się „Wszystkie nasze dni” spodobają. Książka nastraja pozytywnie, w końcu tematem są „imprezy życia”. Każdy, kto lubi klimaty koronkowych sukien, piętrowych tortów i tańców, poczuje się jak w domu, czytając ją.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Wszystkie nasze dni” i inne książki new adult znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *