Ryszard Ćwirlej zsyła nam kolejny ze swoich charakterystycznych kryminałów milicyjnych. Przenosi nas nad Wartę, która ma swój niebagatelny udział w dramatycznej zbrodni, z jaką przyjdzie nam się zmierzyć tym razem. Mówi się, że duchy to zmarli, którzy snują się po ziemi, bo nie dokończyli na niej pewnych spraw. Skoro tak, to o czym chcą nam powiedzieć metaforyczne upiory spacerujące nad rzeką?

Akcja zaczyna się w czerwcowy poniedziałek o poranku. Tak wczesna pora zwykle jest jednoznaczna z ciszą i spokojem, w końcu mowa to o czwartej nad ranem i mało kto wstaje o takiej godzinie z własnej i nieprzymuszonej woli. A jeśli już to robi, to idzie do pracy, a nie przeznacza tego czasu na rekreację. Jednak istnieją pewni zapaleńcy, którym nie straszne zwlekanie się z łóżek o brzasku i mowa tu o wędkarzach. Wędkarzach, którzy spędzali sobie miło czas, stojąc w zupełniej ciszy nad wodą i licząc na szczęście. A zamiast tego znaleźli ciało. Bez głowy. O ile topielca można by uznać za samobójcę albo też nieszczęśnika, który źle ocenił swoje umiejętności pływackie, o tyle brak głowy na karku wskazuje tu na popełnione przestępstwo. I to dość makabryczne w wykonaniu.

Po jakimś czasie z rzeki udaje się wyłowić także głowę. Elegancko zapakowaną w reklamówkę. Problem w tym, że głowa ta nie pasuje do ciała… Zaczyna się robić niebezpiecznie. W końcu skoro mamy już dwa trupy, to można powoli zacząć mówić o seryjnym mordercy, który im dłużej pozostaje na wolności, tym więcej żyć może odebrać. „Łowca głów” może (i zapewne jest) wśród nas, trzeba więc działać jak najszybciej. Do akcji wkracza więc poznańska milicja. Porucznik Mirosław Brodziak, chorąży Teofil Olkiewicz oraz kapitan Fred Marcinkowski starają się rozwikłać zagadkę strasznych mordów.

Historia toczy się w roku 1985, przez co obserwujemy w książce peerelowską rzeczywistość. Surowi ludzie, kolejki do sklepów ciągnące się przez setki metrów, oschłość i szarość dominują w opisach. Taki klimat trzeba lubić. Sama przyznam, że o ile jeszcze w „Ostrej jeździe” całkiem mi on odpowiadał, to tutaj męczyłam się już z kolejnym opisami smutnych krajobrazów i z szorstkością bohaterów. Co tu dużo mówić, wiem, że życie nie jest kolorowe a tym bardziej rzeczywistość z czasów Milicji Obywatelskiej taka nie była, jednak nie zawsze człowiek wpada w odpowiedni nastrój na takie gorzkie opowieści. Sama w sobie zbrodnia jest dla mnie z reguły wystarczająco przejmująca, żeby dodatkowo otaczający świat dołował człowieka.

Typowo dla Ćwirleja sprawa powoli rusza z miejsca. Dopiero w drugiej połowie książki lekko przyspieszamy z akcją, która i tak płynie dosyć równo i harmonijnie do przodu. Dużo czasu poświęca się nam na opisy miejsc i przytaczanie anegdot z życia bohaterów, które w mojej ocenie są czasami zbędne. U tego akurat autora to norma. Ale w końcu nie każdy musi być zwolennikiem wartkiej akcji, niektórzy, którym z pewnością proza Ćwirleja przypodoba się dużo bardziej niż mnie, wolą „konsumować” książki bez pośpiechu, za to z refleksją i spokojnym oddechem. Dlatego polecam tę pozycję wszystkim, którzy lubią w taki sposób powieściami się delektować, na pewno się nie rozczarują.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Upiory spacerują nad Wartą” i inne książki Ryszarda Ćwirleja znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *