„Baba z dumą oznajmił, że urodziłam się z igłą w jednej ręce i nożyczkami w drugiej. Że gdybym nie była dziewczyną, mogłabym zostać najwspanialszym krawcem w A’landi, rozchwytywaną przez kupców z całego kontynentu”. Ten krótki fragment mógłby podsumować kilkunastoletnie życie Maii Tamarin, niedocenianej mistrzyni szycia, która zmuszona jest do pozostawania w cieniu ojca oraz braci i to tylko ze względu na swoją płeć, gdyż umiejętnościami już dawno ich wyprzedziła. Chcąc wyrwać się ze schematu utkanego przez wiekową, ale i dyskryminującą tradycję, wyrusza w przebraniu chłopca jako reprezentantka swojego rodu na zawody o posadę nadwornego krawca.

W opisie książki znajdziemy wstawkę, że „Tkając świt” to „Project Runway” połączony z „Mulan”. Trudno tym słowom odmówić celności. Rzeczywiście, główna bohaterka ma wiele cech wspólnych z animowaną bohaterką Chin. Z pewnością stać ją na poświęcenie dla rodziny, ceni sobie też honor i nie pozwala sobie na zaszufladkowanie. Co mnie w tej książce zachwyciło, to to, że nawet tak banalna na co dzień czynność jak szycie, mogła zostać opisana jako misterium, które otwiera niezwykłą drogę do kariery i przeróżnych zaszczytów.

Zdecydowanie nie należy się bać tematyki krawieckiej, nawet jeśli ktoś nie przepada za robotami manualnymi, a jedyne jego skojarzenia z igłą to pokłute palce i wiecznie nienawleczona nitka. Elizabeth Lim potrafi pisać tak, żeby czytelnika zaintrygować. Po kilkudziesięciu stronach jesteśmy na tyle wtajemniczeni w rodzaje materiałów i przyrządów, że wciągamy się na dobre i znacznie lepiej rozumiemy, o co w tym wszystkim biega.

Oprócz szycia w tle mamy opowieść o wojnie i zniszczeniach jakie niesie. Także Maia musiała przeżyć niejedną stratę, a następnie podnieść się po rozpaczy, jaką przeżyła po śmierci jej dwóch braci oraz odkryciu, że trzeci z nich stał się kaleką. Bieda dotknęła wielu, w tym rodzinę Tamarin, która ledwo wiąże koniec z końcem. Walki w A’landi zakończył zaskakujący matrymonialny sojusz. Cesarz bowiem ma zamiar poślubić córkę generała wojskowego, który jeszcze przed chwilą był śmiertelnym wrogiem jego kraju. Dworskie intrygi i pałacowe zamieszki to ważna część historii, którą odkrywamy krok po kroku wraz z uzdolnioną Maią.

Muszę przyznać, że mam jeden problem z powieścią i dotyczy on okładki. Jest śliczna i, rzekłabym, w dobrym guście, jednak trochę rozminęła się z fabułą. Pochwała należy się za dominujący niebieski, który jest ulubionym kolorem głównej bohaterki. Ale pytam ja się – co to za piękność? Gdzie ta chłopczyca w źle dobranych spodniach, wychudzona i z obciętymi włosami? Kamuflaż jest na tyle istotnym wątkiem, że dziwię się, iż nie został uwzględniony przy tworzeniu grafiki.

„Tkając świt” zaskoczyło mnie jednoznacznie pozytywnie. Choć bałam się, że będzie aż za bardzo przypominać „Mulan” i dawać poczucie, że ma się do czynienia z odgrzewanym kotletem, to jednak historia poszła w całkiem inną stronę, dużo czasu poświęcając samemu rzemiosłu i konkurencjom, a także budowaniu w Maii pewności siebie. Przemiana dziewczyny jest z jednej strony subtelna, a z drugiej znaczna i z pewnością zauważalna. To cudowna opowieść o pogoni za marzeniami, rzucaniu się na głęboką wodę oraz walce o równość, podczas której przemawiają czyny, nie słowa.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Tkając świt” i inne książki dla młodzieży znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *