Praca w korpo, nieustająca pogoń za pieniądzem i codzienna walka o utrzymanie się na swoim stanowisku – to właśnie życie Laury. Kobieta przed laty wyrwała się z rodzinnej wsi, by podbijać świat. Choć bardzo lubi swoją pracę, nie może ścierpieć swojej szefowej, despotycznej właścicielki Harpeksu. Stres i wycieńczenie coraz częściej dają o sobie znać, toteż Laura szuka chwil zapomnienia w barach i pubach, planuje też wyjazd w ciepłe, przyjemne miejsce, by móc choć na moment odpocząć od głośnej i tłumnej Warszawy. Zamiast tego ląduje jednak w Zakopanem wraz ze swoim zespołem pracowników, żeby zdążyć na czas z niespodziewanym projektem. Nagła zmiana planów to nie jedyna bolączka głównej bohaterki, bowiem ta, zaraz po sfinalizowaniu przedsięwzięcia, ulega wypadkowi. Na jej szczęście zajmują się nią ratownicy, z czego jeden z nich na dłużej zagości w życiu Laury…

Powieść Anety Krasińskiej w mojej opinii nie wykorzystuje swojego całego potencjału. Akcja wydaje mi się sztucznie rozwleczona. Przez pierwsze sto stron w zasadzie nie dzieje się nic istotnego, jedynie autorka na siłę dokłada kolejne wydarzenia, które ostatecznie mają doprowadzić do spotkania Laury i Igora. Równie dobrze ta dwójka mogłaby się ze sobą zetknąć w każdej innej sytuacji i nie wpłynęło by to w ogóle na drugą połowę książki. Tymczasem przez kilka rozdziałów zastanawiałam się, co tak naprawdę jest motywem przewodnim tej historii. Spodziewałam się też, że znacznie więcej czasu zostanie poświęcone pracy zespołu, tworzeniu reklam, a klimat korporacji będzie dominującym tłem dla głównego wątku. Tak się jednak nie stało, przez co nie było łatwo dać się wciągnąć tej powieści. Zabrakło odpowiedniej otoczki, która dodałaby całości kolorytu.

Im dalej w las, tym nieco ciekawiej, bo czytelnik już mniej więcej wie, czego może się spodziewać. Igor zaczyna gościć coraz częściej na kolejnych stronach, a jego relacja z Laurą nabiera tempa. Nie jest ona w pełni przekonująca, ponieważ mężczyzna wydaje się być nieco nachalny i zdecydowanie zbyt przewrażliwiony na swoim punkcie. Poza tym sprawie wrażenie przekalkowanego z tysiąca innych romansów czy obyczajówek – jest przystojny, szlachetny i dobry, więc w zasadzie trudno go nie kochać. Brakuje mi chemii między wspomnianymi postaciami, dlatego tak naprawdę to, jak potoczą się ich wspólne losy, niespecjalnie mnie angażowało.

Aneta Krasińska napisała książkę przyzwoitą. Nie wybitną, ani nie rozczarowującą. Idealną na zabicie nudy, do poczytania w autobusie czy kolejce u lekarza, ale nie taką, o której pamięta się latami i z rozrzewnieniem wspomina. Zdecydowanie brakło tu jakiejś iskry. Sam tytuł – „Słodki smak marzeń” – nie łączy się z niczym konkretnym, jeśli chodzi o poszczególne wątki. Wygląda to tak, jakby został dobrany losowo, więc nawet sam nagłówek brzmi miałko i nie przyciąga uwagi. Tym trudniej zapisać tę powieść w pamięci, a wielka szkoda, bo widać, że autorka potrafi pisać, lecz w tym wypadku zdecydowanie brakło jej pomysłu na historię. Obawiam się, że książka utonie w morzu podobnych tytułów, mimo to nie polecam jej od razu skreślać. Prawdopodobnie przypadnie ona do gustu entuzjastom harlekinów, a także sprawdzi się u osób, które potrzebują krótkiego przestoju, jeśli chodzi o czytanie czegoś cięższego.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

„Słodki smak marzeń” i inne książki new adult znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *