Proza Pauliny Świst przypomina trochę wielką korporację. Mnóstwo zadań i hałasu, wszyscy wszystko robią w biegu i napięciu, a na boku co rusz wybucha jakaś afera. I w całym tym zamieszaniu nikt tak naprawdę nie, co dokładnie robi i co to ma na celu. Tutaj mamy bardzo podobną sytuację. Masa krótkich dialogów, ciągłe zmiany tempa, czasu i miejsca akcji, fragmenty pisane z perspektywy innych postaci. O ile w sporym korpo miałoby to jakiś wyższy, określony sens, tak tu trudno jest się go doszukać.

Z prozą Świst z reguły ma się jakiś problem. Albo się za nią nie przepada, albo toleruje i czyta „z ciekawości”. Myślę, że głównie anonimowość autorki może przyciągać zainteresowanie, bo prezentowana przez nią treść jest raczej niskich lotów.

Zwykle pisarze ewoluują podczas trwania swojej kariery. Nie zawsze idą w dobrym kierunku, który pochwaliliby ich czytelnicy, ale zazwyczaj jakikolwiek postęp czy zmianę na przestrzeni lat da się zauważyć. W tym wypadku, niestety, mamy do czynienia ze stagnacją, która przy kolejnej książce z cyklu, może irytować. Styl Pauliny Świst nieco zahacza o grafomanię, zupełnie jakby nie była świadoma, że nie da się dosłownie przenieść rozmowy na papier. To, co w kontakcie z drugim człowiekiem wydaje nam się zabawne, konkretne i wyraziste, spisane traci moc. Żebyśmy lepiej się wczuli autor opisuje dodatkowe elementy otoczenia, zapoznaje nas z sytuacją, a tutaj mamy wszystko podane „na sucho” i przez to wypada dość drętwo.

Na temat losów Błońskiej i Płonki rozpisywać się nie będę. Ci, którzy czytali poprzednie powieści, mogą się spodziewać, czego będzie dotyczył ten tom, zresztą sam opis na okładce zdradza wszystko (i nie więcej), co powinniśmy wiedzieć, więc żeby czytanie miało jakiś sens, odsyłam was do niego. Jedyne, co mogę dodać, to fakt, że obie bohaterki są bardzo podobne do siebie pod wieloma względami może wynikać z braku pomysłowości autorki, niż być zamierzonym efektem. Podobnie inne postaci są mało charakterystyczni. W zasadzie powiela się wciąż ten sam wzorzec i szybko można wpaść w monotonię.

Nie znaczy to jednak, że nie ma sensu sięgać po „Sitwę”. Ostatecznie wierzę, że ma ona swoich fanów. Poplątanie czasu akcji z perspektywą różnych postaci jest faktycznie irytujące, ale mimo wszystko – można się czasem zaśmiać, chwilami zaintrygować, polubić bardziej któregoś z bohaterów – to już zależy od indywidualnych preferencji.

Możliwe, że moja ocena wypada średnio ze względu na „zaszufladkowanie” książki jako coś z pogranicza kryminału i thrilleru (choć w różnych księgarniach znajdzie się też w grupie obyczajówek, a nawet dostaje łatkę romansu). Właśnie, czym w zasadzie jest ta „Sitwa”, tak trudno określić, bo choć jej elementy pasują do tak wielu kategorii, ona jako całość nie pasuje nigdzie. Jak więc ocenić książkę spoza klasyfikacji? Dlatego niech każdy się przekona na własnej skórze, czy proza Świst to coś, co mu rzeczywiście odpowiada i czy to w tym klimacie mu dobrze. Ja raczej wielką fanką nie zostanę, ale też nie będę jej z burzą emocji wspominać. W gruncie rzeczy jest to powieść lekka i niezbyt wymagająca, do przeczytania nawet w jedno popołudnie, o ile oczywiście kogoś wciągnie.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Sitwę” i inne książki Pauliny Świst znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *