Jeżeli gardzisz współczesnością i jesteś zdecydowanie przeciwny „spadającym bez powodu samolotom, niepolskiej kuchni, międzymęskiemu uczuciu, ruskim, chinolom, niemiaszkom, targowicy, warchołom, kobietom niegotującym, unii jewriejopejskiej i joggingowi”, powinieneś, drogi czytelniku, posłuchać rady wydawcy, który umieścił na okładce stosowne ostrzeżenie: „Nie miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści!”. Marcin Kołodziejczyk napisał książkę „przeraźliwie wyrazistą i niełatwą w odbiorze”, potwornie zabawną, ale równocześnie tak przerażająco smutną, że jej lektura nikogo nie pozostawi obojętnym.

Ta zaskakująca „epopeja narodowa”, a więc „utwór powieściowy, przedstawiający obraz społeczeństwa w przełomowych momentach historycznych, opiewający w doniosłej formie czyny bohaterów narodowych”,  została nominowana do nagrody literackiej Nike. Aż trudno uwierzyć, że to pierwsza fabuła autora, który dał się poznać jako znakomity reportażysta. Chociaż „Prymityw” ma niecałe pięćset stron  książkę czytałam przez kilka dni, bo nie jest to pozycja z gatunku „łatwa, lekka i przyjemna”. Została bowiem napisana językiem, który przywodzi na myśl gwarę ulicznej wymieszaną z nowomową. I język, obok czarnego humoru i trafnych spostrzeż dotyczących otaczającej nas rzeczywistości, jest największym atutem fabularnego debiutu Marcina Kołodziejczyka.

Warszawska Praga to miejsce kultowe. To właśnie w okolicy ulic Ząbkowskiej, Białostockiej i Targowej autor umieścił akcję swojej powieści i wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bo „świat jest ogólnie mały, a Praga jest jak cały świat. Wszystko tu posiada wielosensowność i nic się nie wymyka”. W „Prymitywie” śledzimy losy kilku wyjątkowo barwnych bohaterów, momentami przerysowanych, czasami groteskowych, ale niepokojąco  podobnych do ludzi których znamy, mijamy na ulicach i klatkach schodowych  – rodowitych warszawiaków i przyjezdnych, Cyganów i najbardziej polskich ze wszystkich Polaków, młodych i tych, którzy już jedną nogą stoją na grobem. Nie bez powodu przygodę z „Prymitywem” rozpoczynamy od odwiedzenia zakładu pogrzebowego Sułtan „szybko – tanio – z pewnością”. A gdzieś w tle płonie człowiek w Parku Skaryszewskim, ale nikogo to nie obchodzi. Bo źle się dzieje w państwie polskim: „na terenie kraju okoliczności narastając robiły się coraz dziwniejsze. Była to dziwność pełzająca z początku powoli, ale potem biegnąca. Nie dało się już nie widzieć, że ludzie u nas więcej myślą politycznie”. Na szczęście Partia nie siedzi z założonymi rękami i podejmuje jedyną słuszną decyzję, a mianowicie postanawia specustawą „unieważnić czas, zegarowo i przyrodniczo, żeby niektórzy zmarli bohaterowie narodowi też mogli włączyć się w dziś i, ręka w rękę  z bieżącymi postaciami wielkiego formatu, bez ustanku zakłamywać się wzniosłością”. Na niewiele się to zdaje, bo Polak, wiadomo, na miejscu nie usiedzi, a „potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciwko polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą. Na przykład : chleba, mięsa, węgla i kobiet”.

W „Prymitywie” autor nie oszczędza nikogo. Dostaje się tym z prawa i z tym z lewa, bogatym i biednym, klientom bezsensownie kręcących się po galeriach handlowym, wyperfumowanym ekspedientkom, bezrobotnym i pracującym, emerytom dla rozrywki ustawiających się w ogonach na poczcie, gdzie system kolejkowy odmierza czas pinganiem, przyjezdnym, którzy „dążą do zaakceptowania przez miejscowych, gdyż zależy im na zbudowaniu networkingu w nowym miejscu pobytu, ale brak im wyczucia niuansu”, politykom, menelom, przyszłym matkom, karierowiczom, nawet ludziom w pociągu trzymającym nogi na siedzeniu, chociaż „w dzisiejszej polskiej autentyce już podobne zachowanie nie było niekulturą, a zdrowym odruchem osób szukających poszerzenia przestrzeni życiowej”.

„Prymityw” to niezwykła, po prostu „inna” w wyjątkowo intrygujący sposób powieść, która na długo zostanie w mojej pamięci i do której z przyjemnością wrócę za jakiś czas, aby nacieszyć się pięknem języka polskiego w narodowo – patriotyczno – menelsko – dresiaro – podwórkowym wydaniu. Wykreowany przez autora świat jest tak straszny, że aż śmieszny, tak nierealny, że aż do bólu prawdziwy. Uprzedzam jednak, że nie jest to książka dla każdego. Część czytelników „Prymityw” oburzy, część zachwyci. Ja należę do tej drugiej grupy, dlatego książkę Marcina Kołodziejczyka z całego serca polecam wszystkim spragnionym literackich/językowych wrażeń!

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Prymityw” i inne ciekawe książki znajdziesz w sklepie internetowym selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *