Pewnie wszyscy w dzieciństwie słyszeli historię Kopciuszka – młodej, osieroconej dziewczyny, dręczonej przez macochę, która na wystawnym balu spotyka miłość swojego życia. Teraz uwielbiana przez miliony historia doczekała się swojej odnowionej wersji. Sprawczynią tego dzieła jest Julia Quinn, która podbiła już setki serc czytelników z różnych zakątków świata. Jej lekki styl, błyskotliwe dialogi i czarujący bohaterowie zapadają głęboko w pamięć, a ich wspominanie natychmiastowo przywołuje uśmiech na usta.

W tym tomie w rolę wspomnianego Kopciuszka wciela się Sophie Beckett. Oczywiście, tak jak to zwykle bywa w powieściach Quinn, już w prologu poznajemy krótką historię z życia kobiety. Trzeba przyznać, że Sophie nie miała lekko. Od małości była traktowana jak bękart, a nie czyjaś córka. Dziewczyna marzyła, że macocha i jej dzieci okażą jej choć odrobinę miłości i czułości, jednak srodze się zawiodła. Została zdegradowana z pozycji ignorowanego malucha do służącej. Miała pozostawać w cieniu, ustępować siostrom i być posłuszna. W końcu podejmuje decyzję, że kończy ze swoim dotychczasowym życiem. Udaje jej się dostać na bal maskowy organizowany przez lady Bridgerton, gdzie oczarowuje w tańcu Benedicta – brata Daphne i Anthony’ego, którym poświęcone były poprzednie tomy. Drugi pod względem starszeństwa Bridgerton, który dotąd poprzysięgał sobie, że zamiast się ustatkować, będzie używał życia ile wlezie, nie mógł się oprzeć pięknej nieznajomej poznanej na balu. Od ich spotkania Benedict postanawia być nieczułym na zaloty innych panien, choć pewna śliczna pokojówka znacznie utrudnia mu to zadanie.

Coś ewidentnie iskrzy między dwójką głównych bohaterów, ale to, co konkretnie, muszą odkryć już sami. Postać Benedicta nie różni się specjalnie postawą od Anthony’ego czy Simona zanim trafili na kobiety swojego życia. To bawidamek, choć dżentelmen. Coraz bliżej średniego wieku, ale wciąż młody duchem. Ubóstwiający rodzinę, ale niechcący zakładać własnej. Istny człowiek-kontrast. Uwielbiam, kiedy bohaterowie nie są dwuwymiarowi i rzeczywiście można im przypisać więcej niż jedną cechę. Na szczęście w twórczości Quinn próżno by szukać płaskich postaci, nawet tych epizodycznych.

Autorka jak zwykle swoją opowieść owija w sporą dawkę humoru, zwrotów akcji i rodzinnych perypetii. Jeśli dodać do tego wytworne stroje, śmietankę towarzyską Londynu oraz nawiązania do kultowej baśni, powstaje nam w zasadzie powieść idealna. Niby romans, niby obyczajówka, a wciąga bardziej niż niejeden kryminał czy thriller. Przy „Propozycji dżentelmena” nietrudno jest się wzruszyć, ale poza tym można się też pośmiać i poczuć to ciepło, które zawsze bije od rodziny Bridgertonów.

Styl Julii Quinn trzeba nieustannie wychwalać, bo rzadko kiedy trafia się na kogoś, kto pisze tak dobrze. Niezależnie czy to „Kronika Towarzyska Lady Whistledown”, dialogi zakochanych czy opisy wnętrz, kolejne strony czyta się z zapartym tchem. „Propozycja dżentelmena” to idealna książka na leniwe popołudnia, długie wieczory i mgliste poranki. Pozwala oderwać się od rzeczywistości i nastraja pozytywnie do życia, a chyba każdy potrzebuje od czasu do czasu czegoś takiego. Nie ma konieczności sięgania po wcześniejsze części, bo i bez tego można się odnaleźć w fabule, jednak polecam to zrobić mimo wszystko, bo zdecydowanie warto dać szansę także „Mojemu księciu” oraz „Ktoś mnie pokochał”, zwłaszcza jeśli chce się uniknąć spoilerów przy późniejszym nadrabianiu historii.

“Propozycja dżentelmena” oraz najlepsze romanse książki znajdziesz na stronie internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *