„Chcecie wiedzieć, jaka może być cena jednego życia? Mniej więcej 30 kilo ryżu, 20 kilo fasoli, 10 kilo kawy, 10 kilo cukru, 5 kilo sera, 10 puszek oleju i 12 butelek wódki.” Taką zapłatę za zabójstwo na zlecenie otrzymał bohater „Nazywają mnie śmierć”- Julio Santana – ponoć najskuteczniejszy płatny zabójcy w historii, który w swoim zeszycie z Kaczorem Donaldem zanotował nazwiska prawie pięciuset ofiar. Brzmi jak fikcja literacka? Klester Cavalcanti twierdzi, że spędził ponad siedem lat na zbieraniu materiałów do książki, a większość informacji pochodzi od samego Santany, który podczas niezliczonych rozmów telefonicznych opowiedział mu historią swojego niezwykłego życia.

Autor wykonał ogromną pracę, rekonstruując sceny, dialogi, opisy scenerii, gesty i uczucia towarzyszące bohaterom na przestrzeni dziesiątek lat. „Nazywają mnie śmierć” to pozycja z coraz modniejszego ostatnio gatunku true crime, ale w wersji fabularyzowanej. Nie znajdziemy w niej jedynie suchych faktów, dat i nazwisk. Wraz z bohaterem przeżyjemy jego przemianę od skromnego syna rybka, wychowującego się w brazylijskiej dżungli, do profesjonalnego i bezwzględnego wykonawcy zabójstw na zlecenie. Poznajemy Julia Santanę, kiedy kończy siedemnaście lat. Nic nie wskazuje na to, że w przyszłości będzie się parał odbieraniem ludziom życia. Jest prostym chłopakiem z biednego w domu, który po raz pierwszy się zakochał.

Czytając „Nazywają mnie śmierć”, trudno oprzeć się wrażeniu, że cała historia jest wytworem wyobraźni autora. Opisy niektórych zabójstw są tak niedorzeczne, że czytelnik łapie się za głowę i ciągle zadaje sobie pytanie: „czy to mogło wydarzyć się naprawdę?”. Wujek Cicero to wręcz komiksowy czarny charakter. Przekonuje naiwnego Julia, że „pracując jako rewolwerowiec, mógłby podróżować, zwiedzać różne miejsca, przeżywaj emocjonujące historie i jeszcze zarobić przyzwoite pieniądze”, a „w takiej pracy nie ma nic złego. Tak, to grzech. Ale, jak nauczał ksiądz, Bóg wybacza wszystko. W przypadku zabójstwa wystarczy odmówić dziesięć zdrowasiek i dwadzieścia ojczenaszów i dusza zostanie oczyszczona”. Tak, zabijanie ludzi za pieniądze jest traktowana jako normalna praca, a wykonawca krwawych zleceń nazywany jest rewolwerowcem, a nie zabójcą. Nie ma też dla niego większego znaczenia, z jakiego powodu konkretny człowiek ma zginąć. Nieważne, naucza wujek Cicero, czy dokonał makabrycznego przestępstwa, czy tylko krzywo na kogoś spojrzał. W jednym opisanym w książce przypadku powodem wynajęcia rewolwerowca była kłótnia na stadionie piłkarskim! Liczą się tylko pieniądze.

„Nazywają mnie śmierć” czyta się szybko, historia wciąga od pierwszych stron, ale akcja nabiera tempa dopiero w drugiej połowie, w której obserwujemy Julia „przy pracy”. Mam wrażenie, że Klester Cavalcanti odnosi się do swojego bohatera z sympatią i pewną dozą zrozumienia. Santana przedstawiony został jako w gruncie rzeczy dobry człowiek, czuły ojciec i wierny mąż, a przecież sam przyznał, że „spodobały mu się emocje, jakie odczuwał, kiedy zabijał. Strach, napięcie, zdenerwowanie, szybkie bicie serca a jakiś sposób wprawiały go w dobre samopoczucie”. Jaki z tego wniosek? Mamy do czynienia z zimnym profesjonalistą czy pozbawionym empatii psychopatą? Wydarzenia zostały opowiedziane z perspektywy Julia Santany. Ile w tym wszystkim prawdy? Czy płatny zabójca próbował się wybielać, przedstawiając siebie jako niewinnego, naiwnego dzieciaka, który wpadł w szpony wyrachowanego wujka? W książce nie znajdziemy jednoznacznych odpowiedzi na te pytania. Każdy czytelnik musi sobie wyrobić własne zdanie na temat najskuteczniejszego płatnego zabójcy w historii.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Nazywają mnie śmierć” i inne książki biograficzne znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *