Karin Slaugther to jedna z tych autorek, do których lubię czasami powracać. Choć może nie znajduje się w zaszczytnym gronie wyjątkowo uwielbianych przeze mnie pisarzy, tak jednak kilka jej utworów naprawdę przypadło mi do gustu. To kobieta, która nie stroni od mocnych scen i lekkiej makabry w swojej twórczości, a ja zdecydowanie przepadam za takim podejściem – czy to w kryminałach, czy też w thrillerach. Dlatego też chętnie skusiłam się na jej kolejną powieść, bo czemu nie!

Milcząca żona to już dziesiąty tom serii o Willu Trencie. Przyznaję, że nie znam całego cyklu i czytałam może jedną czy dwie powieści z udziałem tego bohatera. To chyba sprawiło, że chwilami nie do końca mogłam się odnaleźć w tej obyczajowej stronie owej powieści. Należę jednak do tego typu czytelników, którzy w kryminałach przymykają nieco oko na ten wątek. Zazwyczaj mało interesuje mnie osobiste życie bohaterów i ich prywatne sprawy, chociaż nie da się ukryć, że miewają one realne odzwierciedlenie w prowadzonym śledztwie. I chyba nieco tak jest i w tym przypadku…

Jednakże wydaje mi się, że spokojnie można zapoznać się z tą książką nie znając poprzednich tomów serii. Każda historia to nowe śledztwo, nowi wrogowie, nowe poszlaki i próba ujęcia mordercy. A tutaj dochodzenie pojawia się znienacka. Toczy się jedno, nagle pojawia się drugie. Podczas zbierania dowodów związanych z zabójstwem w więzieniu, jeden z osadzonych w zakładzie oskarżonych daje policji cynk, że został niesłusznie skazany. Oznacza to, że seryjny zabójcy kobiet, za którego wszyscy go do tej pory brali, nadal jest na wolności. I gdy ta sprawa wychodzi na jaw, ponownie zaczynają ginąć młode kobiety. Przypadek?

Will Trent musi cofnąć się kilka lat wstecz, dojść do akt dawnej sprawy, uruchomić pewne kontakty i odkryć, że skazany mówił prawdę i czy nowe morderstwa mają jakikolwiek związek ze śledztwem sprzed lat. Nie jest to łatwe zadanie, bowiem wygląda na to, że zabójca zbiera kolejne żniwo. Wraz ze swoją partnerką robią wszystko, aby odkryć prawdę, a los stale rzuca im kłody pod nogi. Czytelnik jest obserwatorem tego wszechstronnego dochodzenia o wielu obliczach, nic nie jest takie oczywiste, a praca policji jest tutaj naprawdę mocno nakreślona. To właśnie kryminalna strona tej historii tutaj wygrywa, to ona jest najważniejsza, a Slaugther naprawdę potrafi wszystko odpowiednio rozbudować.

Jest w tym wszystkim lekka nutka grozy, okrucieństwa i makabry, choć wydaje mi się, że w niektórych powieściach Slaughter było tego znacznie więcej. Nie jest to jednak w żadnym wypadku mankament owej historii. Właściwie śmiało można stwierdzić, że autorka pozostała w granicach dobrego smaku, chociaż są i tacy, którzy lubią, gdy pisarze je przekraczają. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone, łącznie z tempem akcji. Raz nieco przyspiesza, raz zwalnia, ale cały czas czytelnik zastanawia się nad tym, jak zakończy się cała sprawa. Różne tropy, kolejne pytania bez odpowiedzi, mroczne tajemnice – to tworzy klimat niedopowiedzeń i lekkiego niebezpieczeństwa, bo nie wiadomo, z kim mamy do czynienia.

Książka jako kryminał sprawdza się naprawdę dobrze. Chwilami nieco mnie nużyła, ale może to po prostu nie był mój czas na tę lekturę, bo zazwyczaj coś takiego w przypadku książek Slaughter mnie nie spotykało. Mimo wszystko uważam, że twórczość tej autorki jest godna uwagi, zwłaszcza jeżeli lubicie rozbudowane powieści kryminalne.

Autorka recenzji: Magdalena Senderowicz

„Milczącą żonę” i inne książki Karin Slaughter znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *