Jak zwykle sprawdza się powiedzenie, że książki nie ocenia się po okładce. Bądźmy szczerzy – widząc czerń, róż i odkryty w sugestywny sposób kawałek ciała możemy nabrać podejrzeń, że mamy do czynienia z romansidłem klasy B. Opis, jakże enigmatyczny, zdradza nam w zasadzie tylko, że w życiu bohaterki pojawi się facet, co tylko utwierdza nas w tym przekonaniu. A to WIELKI BŁĄD. Naprawdę spodziewałam się płytkiej, trywialnej, aczkolwiek miłej do poczytania historyjki, o tym jak to pan poznał panią i żyli razem długo i szczęśliwie. Przepraszam cię książko za swoje podejrzenia! Przepraszam i ciebie, autorko, za pochopne oceny!

Trudno wyrazić słowami, jak bardzo zaskoczył mnie wstęp. Brnęłam przez niego jak wielgachną śnieżną zaspę. I to nie dlatego, że był mało absorbujący. Przeciwnie – poruszył mnie tak mocno, że otrząsałam się kilka godzin. W pierwszej chwili mnie skonfundowało, bo główna bohaterka, (jak łatwo się domyślić o wdzięcznym imieniu Lilianna), ucieka z rodzinnego domu ze swoim ukochanym – uwaga – Maćkiem. Jest Maciek, a miał być Mat. Czyli już wiemy, jakie przeszkody staną na drodze do utworzenia nowej pary. Ale jak do tego dojdzie? Odpowiedź na to pytanie wbiła mnie w fotel i wciąż próbuję ochłonąć. Nie będę niczego więcej w tej materii zdradzać, bo pierwsza połowa książki, znacznie cięższa niż reszta, jest czymś, czego warto doświadczyć samemu.

Kojarzycie może „Jeżycjadę”, cykl stworzony przez Małgorzatę Musierowicz? Otóż szalona i wesoła rodzina Borejków jak widać ma sąsiadów, że tak to ujmę „z innej bajki”. Bo właśnie w Poznaniu rozgrywa się akcja powieści i aż zadziwiające, jak mocno różnią się wizje tego miasta. Dla Lilki to stolica bólu, złamanych obietnic, ale też nowego życia i nadziei. Jej poglądy zmieniają się wraz z rozwojem sytuacji, która jest, delikatnie mówiąc, bardzo dynamiczna.

Sama postać głównej bohaterki jest złożona. Przez bunt, ucieczkę po szarą i momentami drastyczną codzienność, Lilka zaczyna podupadać na duchu. Ma jednak osobę, dla której chce żyć. Szczęśliwie, do tego elitarnego kręgu dołączają kolejne postaci, jedna ciekawsza od drugiej. Jest oczywiście Mat – tatuażysta, człowiek nie zadający pytań, ale znajdujący odpowiedzi. I przede wszystkim Malwina. Przyjaciółka, powierniczka, kobieta sukcesu, która dała Lilce potrzebną siłę. Z radością informuję, że ta cudowna istota, pełna dobra i ciepła, również dostała własną książkę! Zapowiada się genialnie, no po prostu nie mogę się doczekać!

Nie da się wskazać, co w powieści Szafrańskiej najbardziej mnie urzekło. Świetnie napisana, wciągająca, poruszająca, do łyknięcia w jedną noc. Każdy, nawet najmniejszy wątek, angażuje równie mocno. Postaci są pięknie zbudowane, a ich historie są tak inteligentnie poprowadzone, że uwielbia się je wszystkie (ciebie nie Maciek, ty sczeźnij kanalio jedna). Jeśli musiałabym się już do czegoś przyczepić to określenie typu „patrzyłam na X spod rzęs” było trochę nadużywane. Zwłaszcza, że raczej nie da się patrzeć na kogoś inaczej, gdyby to dogłębniej przeanalizować. Ale to są niuanse, tym nawet nie warto zawracać sobie głowy. Lepsze „patrzenie spod rzęs” niż „niebotycznie wysokie szpilki”.

Dobrze, że książka stanowi część serii „Pink Tattoo”, bo smutno byłoby mi tak na zawsze i dobitnie pożegnać się z bohaterami. Są uzależniający jak narkotyk, chce się ich tylko więcej i więcej.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Liliannę” i inne książki new adult znajdziecie w księgarni selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *