„Sporą powierzchnię podłogi warsztatu pokrywała krew, wyprute wnętrzności dziewczyny, odchody i obcięte palce. Zakrwawione narzędzia leżały bezwładnie rzucone byle jak. Mdłe światło słabej żarówki potęgowały obraz grozy i odbytego w tym miejsce makabrycznego spektaklu”. A spektakl, który zafundował nam Krzysztof Jóźwik w powieści o mścicielu, który czekał dwadzieścia lat, by w bestialski sposób dokonać zemsty, faktycznie jest makabryczny. Proszę potraktować okładkowy opis jako swojego rodzaju ostrzeżenie skierowane do czytelników o słabszych nerwach – nie bez powodu pojawiają się w nim wzmianki o „okrutnych morderstwach” i „wyjątkowo okrutnym mordercy”: sięgając po „Klatki”, trzeba być przygotowanym na opisy wymyślnych i spędzających sen z powiek tortur.

Jacek, ojciec trojaczków i prezes „Tomaszewski Finance” odkrywa, że ktoś wypłacił z kont firmy wszystkie zgromadzone na nich środki, a jego zaufany pracownik zniknął bez śladu. Joanna spodziewa się narodzin upragnionego dziecka, ale nie może w spokoju przygotowywać się na powiększenie rodziny, bo ktoś grozi ujawnieniem kompromitujących ją zdjęć. Marcin, by ratować swój tonący biznes, pożyczył pieniądze od niebezpiecznych ludzi, którzy teraz domagają ich zwrotu i nie cofną się przed niczym, by wymusić spłatę długu. Lidka ma słabość do używek i kompletnie nie radzi sobie z własnym życiem. Kiedy w jej domu wybucha pożar, doszczętnie go niszcząc, kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko znaleźć schronienie u dawnego kolegi ze szkoły – przesiadującego całymi dniami przed ekranem komputera Roberta. Czy nieszczęścia spadające na uczestników imprezy sprzed dwudziestu lat, która wymknęła się spod kontroli, „to nic więcej niż koszmarny zbieg okoliczności i czysty przypadek”? A może ktoś po dwóch dekadach postanowił w końcu wyrównać rachunki?

Dlaczego sięgnęłam po „Klatkę”? Moją uwagę zwrócił nie tylko intrygujący opis, ale też wymowna okładka. Nastawiałam się na trzymającą w napięciu i wstrząsającą opowieść o zemście, ale książka Krzysztofa Jóźwika nie do końca trafiła w mój gust. Tak, to mocny kryminał o okrutnym mordercy, ale nawet w takiej książce brutalne sceny powinny mieć jakieś uzasadnienie i wnosić coś do fabuły. W „Klatce” nie zawsze tak było. Nie przekonuje mnie też postać samego mordercy. Najpierw obserwujemy jego „przygotowania” do dokonania aktu zemsty, podczas których w ramach ćwiczeń torturuje i zabija zupełnie przypadkowe osoby. Z każdą kolejną ofiarą oprawca rozsmakowuje się w zadawaniu bólu i rodzi się pytanie, czy w ogóle chodzi mu o sprawiedliwość, czy może jest zwyczajnym zwyrodnialcem lubującym się w zadawaniu bólu, który potrzebował pretekstu, by dać się ponieść żądzy mordu? Potem dowiadujemy się za jakie krzywdy morderca chce wymierzać karę i tutaj kolejny zgrzyt. Wiele lat planowania okrutnej vendetty, budowanie urządzenia „do skutecznego i wielodniowego zadawania bólu, przy którym nawet najbardziej wymyślne średniowieczne maszyny, jak kołyska Judasza, krzesło przesłuchań czy różnego rodzaju zgniatacze kończyn, a nawet słynna „żelazna dziewica” miały ograniczone możliwości”, i to wszystko tak naprawdę w imię czego?

„Klatka” liczy ponad pięćset stron i wydaje mi się, że bardzo by zyskała, gdyby trochę ją skrócić. Opowieść o zemście, której akcja rozgrywa się w Puławach, nie jest debiutem powieściowym Krzysztofa Jóźwika, ale pierwszym kryminałem wydanym w doskonale znanej wszystkim miłośnikom gatunku serii „Mroczna strona” Wydawnictwa Filia  i z pewnością znajdzie swoich zwolenników wśród amatorów mocnych wrażeń i mrocznych klimatów.

„Klatka” oraz inne książki kryminały znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *