Zemsta – rzeczownik rodzaju ŻEŃSKIEGO, inaczej : rewanż, odpłata, pomsta, odwet za doznaną krzywdę. Zemsta może być słodka, krwawa, niektórzy twierdzą, że najlepiej smakuje na zimno, a czasami płoniemy jej chęcią. Victoria Helen Stone zabiera nas w podróż śladami niezwykłej mścicielki, bo „zabijanie jest zabawne, ale najlepsza jest zabawa z ofiarą”.

Kibicowaliście Amy z „Zaginionej dziewczyny” Gillian Flynn?

Z wypiekami na twarzy śledziliście poczytania Carrie z powieści Stephena Kinga?

Uwielbiacie Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona?

Pora żebyście poznali Jane.

Jane Doe.

Jane jest zwyczajną dziewczyną. Całymi dniami przesiaduje w biurze, od czasu do czasu flirtuje z kolegą z pracy, wynajmuje tanie, obskurne mieszkanko, żywi się gotowymi daniami z mikrofalówki i ledwo wiąże koniec z końcem. Jej życie wydaje się do bólu nudne i przewidywalne, ale nie dajcie się zwieść pozorom – Jane ma swoje sekrety. Nieprzypadkowo przeprowadziła się do sennego Minneapolis i celowo prowokuje niczego nie podejrzewającego Stevena, bowiem w jej głowie zrodził się szatański plan. Teraz krok po kroku wciela go w życie…

Podczas lektury „Dziewczyny zwanej Jane Doe” nie ma miejsca na nudę, chociaż „nie wszystkie potwory są przerażające. Niektóre z nich są tak nudne, że sprawiają, iż będziesz chciała umrzeć”. Na początku autorka trzyma czytelnika w niepewności, powoli odkrywa przed nim karty. Mamy mścicielkę, mamy ofiarę, ale dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, czym zawiniła i jaki los chce jej zgotować tytułowa bohaterka. Nie miałam pojęcia, że pod pseudonimem Victoria Helen Stone kryje się bestsellerowa autorka romansów Victoria Dahl. Jej najnowsza książka to thriller psychologiczny z nutą romansową, ale w wyjątkowo frapującym i pokręconym wydaniu. O żadnym wzdychaniu w blasku księżyca nie ma tutaj mowy.

„Dziewczyna zwana Jane Doe” pozytywnie mnie zaskoczyła, zarówno pierwszoosobową narracją, jak i postacią głównej bohaterki. Jane Doe, którego prawdziwego nazwiska w ogóle nie poznamy, to kobieta chłodna, wyrachowana, sprawiająca wrażenie wypranej z emocji. Sama nie ma o sobie najlepszego zdania:„jesień to moja ulubiona pora roku. Przypomina mi mnie, wszystko jest puste i zimne. I mimo umierającej chropowatości ludzie uważają jesień za piękną”. Chociaż z drugiej strony zaznacza, że „to nie tak, że nie mam uczuć. Jakieś emocje mam. Tak. Chodzi o to, że z reguły potrafię wybrać, kiedy mogę je odczuwać. A co najważniejsze, wybieram, kiedy ich nie czuć”. Czy taka postać jest w stanie zaskarbić sobie sympatię czytelnika? Czy potrafi sprawić, że będziemy jej kibicować, wspierać ją i trzymać kciuki za powodzenie jej planu? Okazuje się, że tak! Dawno już żadna bohaterka tak nie podziałała na moją wyobraźnie. Czasami mnie irytowała, momentami miałam ochotą nią potrząsnąć, ale przede wszystkim doceniłam jej poświęcenie, wytrwałość i metodyczność, chociaż muszę przyznać, że zakończenie książki był dla mnie nieco rozczarowujące. Spodziewałam się wielkiego boom, jakiegoś szokującego, krwawego, brutalnego finału, ale Victoria Helen Stone miała względem swoich bohaterów zupełnie inne plany.

„Fikcyjni ludzie przemawiają do mnie bardziej niż prawdziwi”, stwierdza Jane, „w fikcji wybory muszą mieć sens. Linia czasowa przebiega racjonalnie. Emocje zostają mi wyjaśniane. Postacie czują to, co powinny czuć w odpowiedzi na działa innych. Nikt nie pozostaje w złej sytuacji z powodu inercji czy niskiego poczucia własnej wartości. To byłaby naprawdę kiepska historia”. I ma całkowitą rację. „Dziewczyna zwana Jane Doe” wciąga od pierwszych stron. Zagadka znajdzie swoje rozwiązania, wszystkie wątki zostaną domknięte. To kolejny przykład znakomitego thrillera, w którym pierwsze skrzypce gra silna, inteligentna i piekielnie niebezpieczna kobieta. Drżyjcie grzesznicy, nadchodzi Jane Doe!

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *