Jak to dobrze, że już jakiś czas temu pojawiła się tendencja w literaturze do przełamywania starych schematów. Nie mamy już protagonisty na pierwszym planie, który byłby wzorem wszelkich cnót i postępował właściwie bez względu na sytuację. Bohaterowie nie są płascy ani czarno-biali. Mają swoje potrzeby, a czasem nawet zachowują się jak typowi egoiści. Nie ma już klasycznego ciągu zdarzeń, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą i przenikają. Koniec też z oczywistą klasyfikacją! W końcu ciężko zakwalifikować powieść jako thriller, ale też z pewnością obrazą dla niej byłoby określenie jej jako obyczajówki. Z jednej strony mamy przedstawiony tam świat, który wszyscy dobrze znamy, bo to nasz świat. Z drugiej jednak obserwujemy go oczami socjopatki. To, co na pewno odnajdziemy, to cała gama emocji, ale też narastające napięcie.

Nasza tytułowa Jane jest tak dobrze napisaną postacią, że autorce należą się wielkie brawa. Choć kobieta wyróżnia się spośród tłumu, to wcale z perspektywy otaczających ją ludzi nie płyną podobne wnioski. A to dlatego, że Jane potrafi się dopasować. Już dawno doszła do wniosku, że coś z nią jest nie tak, bo nie potrafi odczuwać prawdziwych emocji. W życiu kieruje się logiką, nie uczuciami. Jednak zdążyła zauważyć, że takie zachowania stanowią mniejszość. W pewnym momencie sama zdiagnozowała się jako socjopatka. Od tego czasu zaczęła intensywnie przyglądać się innym i odkryła, że niektóre osoby można ocenić już od pierwszego wejrzenia. Kobieta jest w stanie dopasować się idealnie do każdej sytuacji, potrafi manipulować jak mało kto. Kłamstwo czy zmiana tożsamości to dla niej drobnostka. Jedyne, co może zburzyć jej plan, to impulsy, którym nie umie się oprzeć. Chce uwagi – skupia ją na sobie. Chce zwierzątko domowe – adoptuje kota. Ale czy impulsem można też nazwać niepohamowaną żądzę zemsty, nawet jeśli wymaga tygodni starań, uciekania się do oszustw, wyjazdu z kraju? W jej przypadku na pewno tak.

Celem głównej bohaterki staje się Steven Hepsworth, syn pastora i jej tymczasowy przełożony. Jest to książkowy przykład seksisty i hipokryty. Na początku, kiedy nie znamy motywacji obu stron i niewiele o nich wiemy, możemy próbować mu współczuć, ale już teraz uprzedzam, że nie warto marnować na niego jakichkolwiek nie-w-pełni-negatywnych emocji. Już w połowie czytania trudno nie wyjść z podziwu dla Jane, za jej opanowanie przy tak zaślepionym człowieku. Wiele się słyszy o toksycznych osobach i wchodzeniu z nimi w relacje, jednak obok tak obrazowego przykładu nie można przejść obojętnie. Co najgorsze – naiwny i zadufany w sobie Steven nie dostrzega swoich pomyłek i zdecydowanie nie potrafi uczyć się na własnych błędach. Z pewnością można częścią winy obarczyć jego rodziców, ale na ten temat trzeba poświęcić kolejny akapit.

No właśnie. Rodzice. Coraz więcej mówi się o wpływie dzieciństwa na późniejsze, dorosłe życie oraz o tym, jak traumy z młodych lat mogą ewoluować w schorzenia psychiczne. Zarówno rodziny Jane, Stevena jak i Meg (kim jest dowiecie się już czytając książkę 😉 ) były na swój sposób niedoskonałe, choć to raczej eufemizm. To przykre, jednak bardzo rzeczywiste, że najbliżsi niekiedy sprowadzają nas na złą drogę, powodują, że stajemy się tak samo spaczeni jak oni. Tym bardziej warto sięgnąć po tę książkę i zobaczyć, (oby tylko z boku!), jak wygląda życie, w którym brakuje miłości.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Dziewczynę zwaną Jane Doe” i inne książki obyczajowe znajdziesz w księgarni selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *