Monika Sławecka postanowiła obnażyć prawdę skrytą za mosiężnymi drzwiami szkół baletowych, które dotąd dla zwykłych śmiertelników pozostawały zamknięte. Kilkanaście osób postanowiło w końcu przerwać milczenie i zdobyło się na odwagę, by opowiedzieć, z czym aspirujący tancerze muszą się mierzyć i ile ich to kosztuje. Szczere, krótkie wywiady nie są w stanie oddać całej okropności tych niedostępnych miejsc, ani piekła, jakie zgotowano niewinnym dzieciom, które chciały tylko robić to, co kochają.

Poznajemy relacje pracowników placówki, rodziców, ale przede wszystkim samych pokrzywdzonych, byłych uczniów szkół baletowych. Ze wszystkich opowieści bije mnóstwo bólu i cierpienia, nie tyle fizycznego, co psychicznego. Zaznajomieni jesteśmy ze światkiem baletu, praktykami nauczycieli i dyrektorów i muszę przyznać, że aż włos się jeży, kiedy czyta się te rewelacje!

Głównym problemem, który nie został ani przez autorkę, ani przez bohaterów rozdziałów poruszony czy też w ogóle zauważony, wydaje się fakt, że aby osiągnąć sukces w tej dziedzinie, trzeba zacząć ćwiczyć bardzo wcześnie. Osoby w młodym wieku decydują się poświęcić życie, by tańczyć, ale czy mała, wesoła dziewięciolatka, która lubi bujać się w rytm muzyki, jest w stanie podjąć tak poważne zobowiązanie? Czy warto zrezygnować z przyjaciół, dorastania, jedzenia, byleby mieć szansę zawojować sceny teatrów? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa. Absolwenci szkół nie negują surowych wymagań, jakim ta sztuka się odznacza. Wiedzą, że mają być szczupli do granic możliwości, pracowici i posłuszni. Każdy, kto wyłamie się choć trochę z ustalonych schematów, musi liczyć się z upokorzeniem, krzykiem i przemocą. Nie omijają one też pilnych uczniów, od których wymaga się coraz więcej i więcej, zapominając, że ma się do czynienia z dziećmi.

Muszę przyznać, że obraz, jaki przedstawiły rozmowy dziennikarki, mnie zszokował. Miałam świadomość pewnej elitarności. Tego, że świat baletu jest hermetyczny i tylko nieliczni mają do niego dostęp. Cóż, artyści rządzą się swoimi prawami. To, co robi się młodzieży można określić jako pranie mózgu. Z wypowiedzi byłych uczniów bije strach do miejsca, w którym spędziły okres dojrzewania. Wielu z nich do dziś ma w głowie zakodowany wstręt do jedzenia, chorobliwy perfekcjonizm i trudności z tworzeniem relacji z innymi ludźmi.

Najbardziej razi podejście kadry do swoich podopiecznych. Sztuka powinna łagodzić obyczaje. Dzielenie się pasją powinno sprawiać nauczycielom radość. W końcu to spod ich rąk wychodzą wspaniali, wyćwiczeni tancerze. To zaszczyt móc uczestniczyć w ich rozwoju. Tymczasem obserwujemy błędne koło, w którym kolejne generacje psują krew uczącym się i wyrastają nam przez to kolejni, sfrustrowani niedoszli tancerze, chcący odegrać się za dawne krzywdy na nowym „narybku”.

Cieszę się, że powstają takie książki i są ludzie, których można obdarzyć zaufaniem, opowiedzieć im swoją przykrą historię. Zostać wysłuchanym i, choć raz, nieocenionym. Dobrze, że ktoś dotarł do tych osób, pozwolił im zmierzyć się ze swoimi historiami, stawić im czoła. I wspaniale, że świat może o tym usłyszeć i być może zadziałać. Jest szansa, że pokolenia przyszłych baletnic, ich rodziców i dyrektorów sprzeciwi się w końcu terrorowi, aktom przemocy fizycznej i psychicznej. Wierzę, że z czasem sytuacja dzieci znacznie się poprawi, a środowisko, które uznajemy za tak zamknięte, będzie odpowiednio kontrolowane i sprawdzane.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Balet, który niszczy” znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *