„Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriony Ward to książka, o której dowiedziałam się przez przypadek. Jest to jednocześnie powieść, która z dużym prawdopodobieństwem umknęłaby mojej uwadze, ponieważ będąc w miejscach przepełnionych książkami, zwracam uwagę na ich okładki. Jest ich tak dużo, że muszą się czymś wyróżnić, bym po którąś sięgnęła. Ale szczęśliwie dla mnie, usłyszałam wiele ciepłych słów o treści. Nagle okładka przestała mieć znaczenie. Zapoznałam się z opisem i tak oto jestem już po lekturze. Czy było warto ulec fali pozytywnych opinii?

Podczas wypoczynku nad jeziorem znika 6-letnia Lulu. Rodzice szukają jej wraz z drugą córką, ale nie znajdują. Sprawa pozostaje nierozwiązana. Stąd też 11 lat później własne śledztwo postanawia przeprowadzić starsza siostra dziewczynki. Kobieta jest zdeterminowana na tyle mocno, że nie boi się wejść w paszczę lwa. Na własną rękę podejmuje decyzje, które mogą okazać się dla niej katastrofalne. Czy Dee rozwikła sprawę i dowie się, co wydarzyło się 11 lat wcześniej? Czy tym razem odnajdzie młodszą siostrę? Czy szukanie ma w ogóle sens?

W tej książce niepokojący jest nawet kot!

Gdy zaczynałam czytać, spodziewałam się pewnego rodzaju podniecenia. Wyobrażałam sobie, że podłapię jakiś trop i będę nim podążać. Ale nic z tych rzeczy. Dominował bowiem chaos, który koncentrował się na trójce bohaterów. Ich kreacja była totalnie pokręcona. Zapewne miała to być duża dawka niepewności, ale jak dla mnie działo się za dużo. Nie do końca wszystko było jasne i w efekcie czułam irytację. To trochę jak rozmowa z pijanym – nie zawsze się go rozumie.

Ale gdy pomalutku wszystko zaczynało nabierać sensu, nagle zrobiło się jeszcze dziwniej. To był moment, kiedy zrozumiałam, że autorka zapragnęła zrobić czytelnikom tak zwaną wodę z mózgu. Dla mnie? Spory minus. Oczywiście wszystko się wyjaśnia i nabiera sensu, jednak sposób, w jaki wszystko zostało opisane, działa na niekorzyść.

I to był również moment, kiedy czytałam już tylko po to, aby skończyć. Pompatyczny styl przygniatał mnie i odbierał radość z lektury. Kompletnie nie rozumiem, skąd zachwyt tak wielu czytelników. Dla mnie momentami to było klasyczne masło maślane. Nie, nie i jeszcze raz nie. Autorka zbyt długo trzymała w niepewności i gdyby nie mój upór, nie poznałabym prawdy.

„Oceniam ludzi na dwa sposoby – pod kątem tego, jak traktują zwierzęta i co lubią jeść. Jeżeli czyimś ulubionym daniem jest sałatka, wiadomo, że to zły człowiek. A jeśli coś z serem, raczej jest w porządku”

Ale wspomniane masło maślane to nie jedyny zarzut. Oprócz braku jakiegokolwiek porządku, zabrakło mi akcji. Zasłyszawszy lawinę pozytywnych opinii, spodziewałam się wstrzymywania oddechu, nerwowego przewracania kolejnych kartek, szybszego bicia serca. A tymczasem więcej emocji wzbudził we mnie opis z tyłu książki i sama okładka. Ogromny zawód. Póki co, największe rozczarowanie tego roku.

Nie przemówili do mnie również bohaterowie. Przez pompatyczność byli potwornie drażniący. Nie potrafiłam żadnego z nich obdarzyć sympatią, zaufać czy współczuć. To trochę jak ze słuchaniem wykładowcy – człowiek stara się coś zrozumieć, ale mimo starań jest jakby gdzieś obok. Tu było dokładnie tak samo. I naprawdę… Jeśli zbliżałam się do połowy, a dalej czułam się zagubiona, coś było nie tak.

Z pewnością nie wrócę do tej książki, na pewno nie będę jej polecać i raczej nie będę chciała po raz kolejny spotkać się z twórczością Catriony Ward. Było nijak. A jeśli będę chciała podniosłego stylu, sięgnę po moje lektury szkolne. Wielka szkoda, bo gdyby opis czegoś, o czy pisać nie mogę, był inny, bardziej przystępny, i gdyby dodać nieco akcji, książka byłaby dobra. Niestety.

„Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriony Ward oraz inne książki kryminały znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Daria Łapa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *